Pauza

Czas zatrzymania…

Jak ja to widzę?

Zatrzymanie nie musi być stagnacją.

Zatrzymanie to szansa na przyjrzenie się sobie, na realne bycie tu i teraz,
na wyzwolenie kreatywności.

Zobacz, ile w tych dniach pojawiło się ciekawych wynalazków, może i związanych
z sytuacją dbania o bezpieczeństwo, higienę, ale jednak.

Zatrzymanie to zatrzymanie nas samych.

Przyroda będzie dalej żyć swoim trybem.

Słońce będzie zachodzić, ptaki będą wić gniazda, deszcz czy wiatr pojawią się, gdy na to przyjdzie pora.

To nam dane jest się zatrzymać.

Popatrz, to tak jak z jazdą samochodem.

Fantastycznie się dzieje, gdy sprawnie się przemieszczasz dzięki tzw. zielonej fali. Ale nie zawsze tak będzie.

Czasami musisz zwolnić, zatrzymać się na czerwonym świetle, by inne pojazdy mogły przejechać, zajechać na stację benzynową i zatankować, bo oczywistym jest, że bez paliwa nie zajedziesz na miejsce, oddać samochód do przeglądu, który też “zatrzyma” auto, wyłączy je z ruchu, by mogło dzięki temu do tego ruchu wrócić.

W życiu jest podobnie.

PAUZA jest potrzebna, nie tylko “przyciski” START czy STOP.

Jak coś odsłuchujesz, jak musisz coś zrobić w trakcie wykonywania danej czynności, to co robisz?

Pauzujesz.

Jak masz kontuzję, chorujesz, to co się dzieje?

Pauzujesz.

Jak podejmujesz ważną decyzję…

Jest podobnie. Potrzebujesz chwili na zastanowienie.

Zatrzymanie jest ważne, byśmy mogli ruszyć dalej.

Co więcej. Może coś ma się wydarzyć w innym czasie albo na innych warunkach, albo ma się nie wydarzyć…

Zatrzymanie to czas przejściowy między starą a nową rzeczywistością.

Tej starej, stanowiącej przeszłość, i tak nie zmienisz, ale to, co będzie stanowić nową rzeczywistość, przyszłość, w dużym stopniu zależy od tego, na ile wykorzystasz owo teraz, to pauzowanie.

Festina lente

Festina lente

W tym codziennym zagonieniu, bezustannym pośpiechu, w pewnym stopniu napędzanym przez media, nowe technologie, często zatracamy istotę życia.

Chcemy wszystko mieć na tu, od zaraz, najlepiej jak za dotknięciem magicznej różdżki.

Włącza się niecierpliwość, a ta nie pomaga w codziennym funkcjonowaniu.

Jest męcząca. Budzi frustrację, a nawet agresję.

A przecież nie da się naszkicować czegoś skomplikowanego w kilka sekund, opanować wiedzy z kilkuletnich studiów w dwa miesiące czy ujrzeć od razu po posadzeniu drzewko w pełnej okazałości, kwitnące.

Wszystko potrzebuje czasu do “wzrostu” i cierpliwości ze strony rysownika, studenta czy ogrodnika.

“Nie da się przyśpieszyć biegu rzeki lub wschodu słońca ani sprawić, aby drzewa rosły szybciej niż rosną.
Wszystko wydarza się wtedy, gdy jest na to gotowe.” (Dennis Genpo Merzel)

Wszystko ma swój czas.

Cierpliwość to siostra wytrwałości i determinacji, jakże potrzebna, by móc zobaczyć owoce własnej albo czyjejś pracy lub by doświadczyć czegoś głębiej, mocniej.

Ludzie już w starożytności wiedzieli, że cierpliwość jest czymś znaczącym i postulowali festina lente (“spiesz się powoli”).

Współcześnie przypomina o tym papież Franciszek i to w dosadny sposób mówiąc, że:

„Cierpliwość jest cnotą ludzi, którzy są w drodze, nie tych, którzy są zamknięci, w bezruchu (…) [bo] kiedy jest się w drodze, przydarza się wiele rzeczy, nie zawsze dobrych. (…) Cierpliwość to także mądrość umiejętnego dialogu z ograniczeniem: jest bardzo wiele ograniczeń w życiu, a człowiek niecierpliwy nie chce ich, ignoruje je, bo nie potrafi prowadzić dialogu z ograniczeniami”.

Do mnie to przemawia.

Nauka cierpliwości, nauka “dialogu z ograniczeniami” to dla mnie nie lada wyzwanie, zwłaszcza teraz.

Wszystko minie

“Najdłuższa noc ma swój kres i śnieg nie jest wieczny…”

Ta myśl chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. To prosta, uniwersalna prawda. Zna ją każdy. Ale dopiero teraz chcę o niej przypomnieć.

Brzmi ona: Wszystko minie…

Te słowa nic nie straciły na aktualności.

Życie przebiega w cyklach. Raz jest cykl narodzin, wzrostu, raz uśpienia. Nic nie jest stałe, wszystko podlega zmianie.

Trafnie oddają to mądrości ludowe, choćby w znanych powiedzeniach o zmienności losu.

Raz na wozie, raz pod wozem. Fortuna kołem się toczy.

Także te powszechnie znane myśli oddają to samo: Po każdej burzy przychodzi słońce. Po nocy przychodzi dzień.

Życie to jedna wielka sinusoida. Up and down, up… (góra-dół-góra…) jak mawia Swami.

To tak jak w opowieści o pierścieniu z napisem “To też minie”.

To, co piękne, radosne, wspaniałe trwa tylko chwilę.
To jedna kwestia.

Druga nabiera wręcz optymistycznego wydźwięku, bo skoro “to też minie “, to dotyczy także tego, co trudne, niechciane, złe.

Ważne jest, by zawsze pamiętać o zmienności losu, a także nieuchronności końca.

W kontekście tego, co jest dla nas przerażające, uciążliwe czy niewygodne, słowa o przemijalności bardzo zyskują na znaczeniu.

“Najdłuższa noc ma swój kres i śnieg nie jest wieczny…”

(te słowa pochodzą z piosenki Anny Marii Jopek)

 

Strach czy miłość?

“Strach czy miłość?”

 

W życiu nie pomyślałabym, że mój pierwszy wpis w nowej blogowej formule przyjdzie mi pisać w takim momencie.

 

Ale nie mogłam nie wypowiedzieć się na ten temat jak wszystko we mnie krzyczało „Powiedz coś!”, „Zrób coś!”.

 

„Każde ludzkie działanie wypływa z miłości albo strachu. (…) Każdy wybór, jakiego dokonujesz, podyktowany jest jedną z dwóch możliwych myśli: lęku lub miłości. Strach to energia, która kurczy, zamyka, wciąga, ucieka, chowa, gromadzi, szkodzi. Miłość to energia, która rozciąga, otwiera, wysyła, zostaje, odsłania, ofiarowuje, goi. Strach nas okrywa, miłość ukazuje nagą prawdę o nas. Strach trzyma się kurczowo stanu posiadania, miłość rozdaje. Strach więzi, miłość uwalnia. Strach rujnuje, miłość buduje. Strach jątrzy, miłość koi. Każdy uczynek, słowo czy myśl zakorzeniony jest w jednym z tych dwóch uczuć. Co do tego nie masz wyboru, ponieważ nic więcej do wybrania nie ma. Ale masz za to zupełnie nieskrępowany wybór jednego lub drugiego.”

Fragment ten pochodzi z książki „Rozmowy z Bogiem” autorstwa N. D. Walscha.

 

To właśnie te słowa zainspirowały mnie do napisania pierwszego posta w tym roku.

 

Strach czy miłość?

Wybór wydaje się być prosty, wręcz oczywisty. Ale czy tak jest naprawdę? Czy umiemy przyznać się przed samym sobą, że boimy się, a mimo to potrafimy podjąć działania, by zmienić daną sytuację? Czy w momentach kryzysowych działamy pod wpływem miłości czy strachu? Co dochodzi do głosu, co nami kieruje, tak naprawdę, a nie tylko życzeniowo…

 

Piszę te słowa, gdy media donoszą o kolejnych przypadkach zachorowań na pandemiczny wirus, nie wiem, co przyniesie kolejny dzień. We mnie też się kotłuje. Mam mieszane odczucia i trudno mi je nazwać.

Ale ten czas skłonił mnie do rozważań nad istotą moich dotychczasowych poczynań. I wiem już, że nie zawsze było tak kolorowo jakbym tego chciała, że nie we wszystkich sytuacjach dzielna i silna Ewa potrafiła poradzić sobie ze swoimi lękami.

Jestem jednak zdania, że świadomość to pierwszy krok do zmiany. Ja już te pierwsze kroki podejmuję. Strach mnie nie zniewoli. Wybieram miłość.

0 komentarzy